March 06, 2025

Rozdział 4. Długie historie

Włosy Lily Evans wydawały się tego dnia jeszcze dłuższe niż zwykle. Dziewczyna niespodziewanie pozostawiła je niezwiązane i teraz opadały grubymi falami na jej plecy, ramiona i pierś. Zielone oczy, tak samo jak przez ostatnich kilka dni, zamglone były odległymi myślami. Myślami o randkowaniu, jak domyślał się Remus. Przysiadając obok niej, postanowił jak najszybciej narzucić jakiś neutralny temat rozmowy. Nie miał ochoty na rozprawianie o czymś, na czym zupełnie się nie znał.

– Wiesz może co u Marlene? – spytał więc, wybierając smakowite kąski na śniadanie. – Wczoraj nie widziałem jej w Pokoju Wspólnym. Syriusz mówił, że wybiegła z płaczem po treningu Quidditcha. Coś się stało?

Lily westchnęła z przeciągłą manierą męczennicy.

– Nie mogę zbyt wiele powiedzieć. To jej sprawa, ale nic poważnego jej nie dolega. Co najwyżej serce ją chwilę poboli. 

– Rozumiem.

– Remus, chciałam cię o coś spytać.

– Hm. – Remus w ciszy przeżuwał pierwszych kilka kęsów śniadania. Doszedł do wniosku, że rozmowa o Syriuszu jednak go nie ominie.

– Myślisz, że Syriusz Black ma dziewczynę? 

– Nic nie wiadomo mi o tym, żeby znalazł ją sobie przez ostatnie dwa dni. – Remus nie do końca rozumiał, dlaczego tak bardzo irytował go upór Lily. Wydawało mu się, że złość, którą odczuwał, brała się ze źródła, którego nie znał. 

– Może ma dziewczynę poza szkołą.

– Nie wiem, Lily. – Remus wzruszył ramionami, nie mogąc zmusić się, by spojrzeć na przyjaciółkę. Martwił się, że jego emocje przedrą się na wierzch, a oczy go zdradzą. Ostatecznie Lily była bardzo bystra.

– Może mógłbyś go jakoś dyskretnie zapytać. Oczywiście bez mówienia, że ja chciałabym wiedzieć! – poprawiła się szybko dziewczyna. – Ostatecznie mieszkacie razem, a wczoraj na imprezie nie odstępował cię na krok.

Remus zdobył się jedynie na krótki pomruk, który w gruncie rzeczy nic nie znaczył.

– Wiesz, ciężko mi uwierzyć, że ktoś taki, jak on jest singlem – kontynuowała swój wywód Gryfonka. – No wiesz, jest taki wysoki i sympatyczny. I zupełnie inny niż chłopcy z Hogwartu.

Remus prychnął cicho. Rozbawienie nieco rozwiało jego ponure myśli.

– Czemu się śmiejesz? Jesteś facetem, więc tego nie rozumiesz. Ale on nawet jak się popisuje, to jakoś nie wygląda na kompletnego idiotę. 

– Tak? – uśmiechnął się Remus. – Ja też wyglądam na „kompletnego idiotę”, jak się popisuję?

– No, nie – zająknęła się Lily. Jej oczy otworzyły się szerzej pod wpływem zakłopotania. – Bardziej chodzi mi o Pottera, na przykład. Albo Prewettów. Czasem też… Severusa.

Remus od razu usłyszał smutny ton w głosie przyjaciółki, kiedy wymieniała ostatnie imię. W zamyśleniu wpatrzył się w wydęte z niezadowoleniem usta dziewczyny. Wiedział, że Gryfonka pogodziła się ze swoim kolegą, ale ich relacja od drugiego roku przypominała ruletkę. Miewali dobre dni, ale coraz częściej dochodziło między nimi do kłótni. Ciężko było za nimi nadążyć. Remus wiedział też, że powodem tej zmiany był on sam, a konkretnie to, jak przez ostatni rok rozkwitła jego przyjaźń z Lily. Im więcej czasu dziewczyna spędzała w jego towarzystwie, tym więcej do powiedzenia na ten temat miał Severus. 

Remus nigdy nie żałował, że zostali z Lily bliskimi przyjaciółmi, ale czasami zastanawiał się, czy niepotrzebnie skomplikował tym inne relacje dziewczyny.

– Muszę iść. – Remus oparł dłonie na stole i odepchnął się od niego, wstając. – Zapomniałem podręcznika. 

Odchodząc, czuł mdły smak kłamstwa w ustach. Nie wiedział, co było z nim nie tak przez ostatnich kilka dni. Wydawało mu się, że traci zmysły. Codziennie czuł się prześladowany przez zupełnie nową, niewyjaśnioną logicznie emocję. Robiło się to po prostu męczące. 

Nie wiedział dokładnie, jak znalazł się przed schodami na Wieżę Zegarową, ale na widok godziny wskazywanej przez wielkie ramiona zegara, od razu ocknął się z zamyślenia. Puścił się biegiem w kierunku klasy. Nie mógł uwierzyć, że spóźni się na zajęcia już pierwszego dnia. Zwolnił dopiero na schodach między czwartym i trzecim piętrem, próbując uspokoić oddech. Pod wpływem znajomego głosu, przystanął. 

– …nie prosiłem.

– Mam teraz w to uwierzyć?

– Dlaczego…

– W dupę sobie wsadź takie pytania, Syriusz. Po latach śmiania się z całej rodziny nagle zdobyłeś się na skruchę? Nie rozśmieszaj mnie.

– … Wcale się nie śmiejesz.

Pod wpływem głośnego westchnienia dochodzącego z piętra niżej, Remus lekko wychylił się przez barierkę. Wiedział, że może wpaść w tarapaty, ale liczył że chociaż takie, które są tego warte. 

U podnóża schodów stali Syriusz i jego brat ze Slytherinu. Remus zdał sobie sprawę, że nie pamięta jego imienia. Ślizgon zaciskał dłoń na poręczy i wpatrywał się w drugą parę stalowych oczu ze zniecierpliwieniem. Jego grube, czarne włosy okalały elegancko twarz. Remus nie mógł oprzeć się przeczuciu, że każdy lok i fala zostały pieczołowicie zaczarowane przez chłopaka. Wyglądały zbyt idealnie, jak i cały Ślizgon. 

– Tęskniłem za tobą, Reg. – Syriusz wyciągnął dłoń, ale jego brat odepchnął ją od siebie nim opadła na jego ramię. Gryfon zmieszał się wyraźnie, bo jego oczy zaczęły błądzić po podłodze.

– Po prostu… uważaj na siebie – było ostatnim, co wyszło z delikatnych ust Ślizgona, nim odwrócił się na pięcie i zniknął w prawym korytarzu. Remus przez chwilę wpatrywał się w odprowadzającego brata wzrokiem Syriusza. Gryfon wydawał się rozbity. Ramiona przycisnął do boków, a usta wykrzywił w sposób, który mógł wskazywać na rozżalenie lub wściekłość. Remus widział te emocje tak wyraźnie, że przez chwile wydawało mu się, że może je nawet poczuć. Niepewnie zszedł na podest między piętrami i po chwili zastanowienia zeskoczył z kolejnych stopni, lądując obok Syriusza.

– Jesteśmy spóźnieni – zagaił, wyrywając starszego kolegę z zamyślenia. 

Oczy Syriusza zmiękły natychmiast pod wpływem jego widoku i Remus niemal zadławił się, próbując przełknąć ślinę. 

– Wszystko gra? Co robiłeś na trzecim piętrze? – zapytał Syriusz kiedy wspólnie kontynuowali wędrówkę. 

– Sprawdzałem, która godzina – odparł Remus, a pod wpływem pytającego spojrzenia, dodał: – Właściwie to byłem na Wieży Zegarowej.

– W porządku, zachowaj swoje sekrety. – Syriusz uśmiechnął się do siebie, wsuwając dłonie w kieszenie wyprasowanych w kant spodni. Remus w ciszy przez chwilę podziwiał ten grymas, walcząc ze sobą. W końcu jednak przeniósł wzrok na koniec korytarza, w który szybkim krokiem weszli.

– Czy twój brat…? – zaciął się od razu, kompletnie nie wiedząc, o co mógłby zapytać, by nie wyjść na niezręcznie ciekawskiego. 

– To długa historia.

– Związana z długą historią o twojej matce?

Syriusz westchnął, po czym prychnął rozbawiony. Kiedy Remus znowu na niego spojrzał, chłopak uśmiechał się do niego, przygryzając dolną wargę. Coś w tym spojrzeniu zupełnie Remusa rozczuliło, do tego stopnia, że na chwilę przystanął. 

– Zabłądziliśmy? – spytał niepewnie Syriusz, rozglądając się.

– Nie, ale wpadniemy w tarapaty. Nikogo nie ma już na korytarzach. – Remus potruchtał w kierunku drzwi klasy do obrony przed czarną magią, zostawiając kolegę w tyle. Mimo to wiedział, że gdy naciskał klamkę, Gryfon stał tuż za nim. 

W sali panowała kompletna cisza. Remus poczuł dziwne napięcie w powietrzu i przystanął zaraz za drzwiami. Smukła wiedźma, stojąca obok biurka na końcu pokoju, wbiła w niego wzrok. Tego dnia jej żółte oczy kontrastowały z granatową szatą i spiczastym kapeluszem w tym samym kolorze. Siedząca na drewnianej żerdzi obok krzesła nauczycielskiego sowa, poruszyła niespokojnie metalowymi skrzydłami. 

– Przepraszamy – wydusił z siebie Syriusz. Dopiero wtedy Remus spuścił głowę pokornie i sam się pokajał. 

– Nazwiska?

– Lupin i Black.

– Hm. – Profesora machnęła dłonią, a pióro leżące na biurku nakreśliło na pergaminie kilka słów. – Siadajcie. Nie muszę chyba nic dodawać?

– To się więcej nie powtórzy – obiecał markotnie Remus, zajmując wolne miejsce w ławce. 

Syriusz usiadł dwa rzędy przed nim, nie spuszczając wzroku z robotycznego ptaka, obracającego głowę w kierunku każdego najmniejszego dźwięku. Z bliska wyglądał na jeszcze bardziej imponującego. Sowa była ogromna, nie pozostawiając wątpliwości, że nie jest przedstawicielką żadnej znanej mugolom odmiany. Remus przypuszczał, że mogła być hybrydą. Nie znał się jednak na tym wystarczająco dobrze, by wskazać podobieństwo.

– Wracając do wymagań na ten trymestr… – powróciła do swojego wywodu nauczycielka. 

Remus wsparł twarz na dłoni. Uśmiech, który może zabić, pomyślał, wpatrując się w tył głowy Syriusza. Nie mógł do końca uwierzyć w swoje przemyślenia. Znał to zjawisko dobrze z definicji i przeczytał setki romansów. Czym innym było odczuwanie skomplikowanych zawirowań, które nawiedzały go odkąd Syriusz postawił nogę w przedziale Hogwart Express. Czasem było to opisywane jako emocja wprawiająca serce w palpitacje, czasem jako ból porównywalny z uderzeniem pioruna, a czasem jako stado motyli w brzuchu. Remus nie był pewien, jak wielu z tych dolegliwości doświadczał, ale jedno mógł powiedzieć na pewno.

Był o krok od przeżycia swojej pierwszej miłostki. 

– Klub pojedynków?! – krzyk siedzącego obok ucznia, wyrwał Remusa z zamyślenia.

– Trzeci rok może dołączyć w roli obserwatorów. Prowadzę zapisy od piętnastu lat – kontynuowała profesora, ignorując nieprzychylne tej wieści jęki zawodu.

– Profesor O’Doherty – ręka Dorcas wystrzeliła w górę, kiedy dziewczyna podnosiła się z miejsca – czy nie uważa, profesorka, że w tych realiach wszyscy powinniśmy wiedzieć, jak się bronić?

– Ach, tak? – Nauczycielka zmrużyła oczy, łapiąc się za łokcie z zainteresowaniem. – Nazwisko?

– Dorcas Meadows, pani profesor.

– Byłaby wielka szkoda, gdyby podczas zajęć klubu szkolnego uczniom, którzy nie potrafią nawet porządnie trzymać różdżki, stała się krzywda. Tak czy nie, panno Meadows?

– Przecież będzie nas profesorka pilnować. – Dorcas oparła dłonie na drewnianym blacie przed sobą, ignorując ciągnącą ją za rękaw koszuli Marlene. 

– Nie jestem tutaj, żeby panią niańczyć, a czegoś nauczyć. W bezpiecznych i sprzyjających warunkach. – Wiedźma machnęła znowu dłonią, a pióro zanotowało kolejne słowa na pergaminie. – Meadows, tak? Czy pani ojciec nie pracuje w Departamencie Magicznych Gier i Sportów?

– Tak, pani profesor.

– Rozumiem młodzieńczy zapał. – Nauczycielka uniosła żółte oczy znad pergaminu. – Rozumiem też pani motywację, jednak z tą garstką zaklęć defensywnych i ofensywnych, jakie państwo znają, jak zamierza się pani pojedynkować? – Wiedźma powstrzymała Dorcas przed odpowiedzią gestem dłoni. – Możemy porozmawiać o tym na osobności po zajęciach, panno Meadows. 

Dorcas zacisnęła różowe usta w cienką linię i ze zrezygnowaniem zajęła swoje miejsce. Remus dosłyszał, jak Marlene karci przyjaciółkę szeptem, klepiąc ją w ramię. 

– Zajęcia będą odbywać się od tego tygodnia, w czwartki po piątej lekcji. Zapisać można się jedynie u mnie. Na pytania dotyczące klubu odpowiadam poza zajęciami. Skoro wszystko jasne, proszę otworzyć podręczniki na stronie trzydziestej drugiej, szyszymora.

 Remus oderwał wzrok od koleżanek i poszukał właściwego rozdziału. Jego oczom ukazała się złotowłosa, zmizerniała kobieta o chudej twarzy z oczami wypełnionymi łzami i ustami rozwartymi szeroko w okrzyku żalu. Profesora O’Doherty wkrótce obrzuciła ich pytaniami, a następnie przy pomocy różdżki zaczęła kreślić w powietrzu sylwetkę szyszymory, poruszającą się zgodnie z narracją zamieszczoną w podręczniku. Remus z zaciekawieniem obserwował sprężyste ruchy nadgarstka nauczycielki i nim się obejrzał, lekcja dobiegła końca, a on i reszta uczniów dorobili się pierwszej w tym trymestrze pracy domowej. 

Za progiem klasy Remus wpadł na Jamesa i Petera. James przeskakiwał z nogi na nogę niespokojnie, rozglądając się.

– Gdzie Syriusz? – spytał i Remus dołączył do poszukiwania ich nowego kolegi wzrokiem.

– Stoi przy biurku profesory – odpowiedział niemal natychmiast Peter. To wreszcie uspokoiło Jamesa. Zamarł, zupełnie oniemiały i ożywił się dopiero, kiedy Syriusz do nich dołączył.

– Zapisałeś się do klubu?

– Acha.

– To takie niesprawiedliwe! – wściekł się James. – Dorcas ma rację! Jest wojna, a ona nawet nie chce nas nauczyć się bronić!

– Przecież możesz nadal przyjść popatrzeć – spławił przyjaciela Remus. Usta Jamesa wykrzywiły się z niezadowoleniem.

– Re, zapominasz, że będę najlepszym aurorem na świecie. Rozumiem, że byle kto mógłby się bać, ale ja nie mam wątpliwości, że zostałbym mistrzem pojedynków w klubie już w pierwszym miesiącu. Z czego tak się śmiejesz, Syriusz?!

– Nie, nie. Po prostu – starszy chłopak odchrząknął, wciąż chichocząc – nie daj im podciąć sobie skrzydeł, Jamie. Wielcy czarodzieje stali się niepokonani wbrew przeciwnościom losu, a nie dlatego, że dostawali wszystko na złotej tacy.

James zmarszczył brwi, analizując słowa przyjaciela. Jego usta ułożyły się w śmieszny dziubek. W końcu oparł obie dłonie na swoim karku i skinął głową.

– Masz zupełną rację. 

Remus zerknął na Syriusza, szeroki uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Co mamy następne? – spytał, żeby rozproszyć zawstydzające myśli. 

– Transmutację! – Znienacka Dorcas przecisnęła się między nim a Syriuszem i przylgnęła do starszego chłopaka, uśmiechając się szeroko. Remus zauważył, że oboje byli niemal tego samego wzrostu. – Hej, Black, widziałam że zapisałeś się do klubu pojedynków.

– Nic ci nie umknie. – Syriusz objął koleżankę ramieniem, a Remus zamrugał kilkakrotnie ze zdziwienia na tą nagłą wylewność. Do tej pory nie zauważył, żeby ze starszego chłopaka był taki pieszczoch. Nie mógł też nie spostrzec, jak dobrze wyglądają razem. 

– Nabijasz się ze mnie? – prychnęła Dorcas. – Tak czy inaczej, chętnie popatrzę. I w razie potrzeby jestem całkiem niezła w magii leczącej.

– Już spisujesz mnie na straty?

Remusa znowu zemdliło. Nadal kompletnie nie rozumiał randkowania.

– Z tego, co pamiętam, ledwo zaliczyłaś ten dział u Flitwicka – mruknął do siebie, chociaż nie mógł być pewny czy któryś z przyjaciół usłyszał przez niesłabnący chichot Dorcas.

Na szczęście po kolejnych zajęciach wszyscy znaleźli sobie nowy temat.

– Wyglądasz na zmartwionego.

Remus uniósł twarz znad wypisanego planu zajęć i zobaczył zadzierającego głowę Petera, wpatrzonego w Syriusza. Black istotnie był skrzywiony, jakby zjadł kwasinkę-swędzinkę. I chociaż mina ta zniknęła niemal natychmiast po tym, jak słowa opuściły usta Petera, w głowie Remusa pozostawiła pewnego rodzaju niesmak. 

– Szkoda mi, że nie będę mógł chodzić z wami do Hogsmeade.

– Rodzina nie podpisała ci pozwolenia? – wyrzucił z siebie Remus od razu. Syriusz pokręcił głową i uśmiechnął się blado.

– Musiało im wypaść z głowy… – ton głosu Syriusza świadczył, że chłopak nie do końca zdołał przekonać o tym nawet samego siebie. 

– Nie martw się, Syriusz. Jesteś teraz członkiem wsławionych Huncwotów…

– Jestem?

– Wsławionych? – skrzywił się Remus. 

– … i dlatego nie zostawimy cię przecież tutaj, kiedy będziemy bawić się w Hogsmeade. 

– Masz plan? – Syriusz uśmiechnął się. W jego pytaniu kryła się nutka niedowierzania. 

– Oczywiście. Co najmniej trzy. Ale powiedzmy, że zdobywając moją sympatię, zyskałeś potężnego sojusznika.

Remusa rozbolała głowa przez koło, jakie zatoczyły jego oczy. Westchnął więc jedynie i stuknął Jamesa książką w ramię.

– Idę na starożytne runy. Jak wrócę wszyscy mają być w jednym kawałku. 

– Myślisz, że w półtorej godziny nie zdążę sprowadzić go na złą drogę?

– Myślę, że Syriusz nie chciałby się mi narazić. – Remus uśmiechnął się do obu chłopców i odwrócił na pięcie, odchodząc w stronę ruchomych schodów. Usilnie ignorował wspomnienie zaskoczonej i zarazem rozbawionej miny Syriusza, która zmiękczyła mu kolana. Wkrótce musiał jednak bardziej skupić się na znalezieniu właściwego przejścia w labiryncie niesfornych schodów. Dotarł do klasy na trzecim piętrze wraz z dzwonkiem.

– Tutaj zajęte? – spytał szeptem, jednak widząc go, Marlene jedynie wzruszyła ramionami i zwróciła pyzatą twarz na szafkę w lewym rogu pokoju. Remus zmarszczył brwi i niepewnie zajął miejsce. – Wszystko w porządku? Wczoraj wybiegłaś z boiska zaraz po treningu.

Ciemne usta dziewczyny zacisnęły się w cienką linię, a w jej oczach zatańczyły iskierki irytacji. Kolejne próby porozumienia się z Marlene podczas lekcji spełzły na niczym. Jakby czarownica zupełnie straciła głos.

☾☾☾

– Hej, Remus, masz chwilkę?

Remus obejrzał się przez ramię na doganiającego go Syriusza. Chłopak wyglądał na zdenerwowanego i może przez to Remus także poczuł dziwne, skręcające kiszki zawstydzenie. Emocja była znowu odległa, jakby nie jego, ale szybko otrząsnął się z tych myśli. Nie miał teraz czasu na swoje wydumane monologi wewnętrzne. 

– Coś się stało? – Remus przystanął, a z nim William. James i Peter zostawili ich w tyle, zbyt zajęci rozmową o sowie profesory O’Doherty, której głowa przez całą kolację kręciła młynki, podążając za każdym bardziej wyraźnym odgłosem dobiegającym od stołów. Remus krótko zerknął na emanujące ciekawością oczy Williama. 

– Nie, skąd – Syriusz pokręcił głową. – Znaczy, chciałem pogadać o tym, jak można ci się narazić.

Remus prychnął w swój rękaw z rozbawieniem, odczytując nawiązanie kolegi do ich wcześniejszej wymiany zdań. 

– To ciekawy temat. Może też powinienem…

– Ty nie. – Remus pokręcił stanowczo głową, oglądając się na Williama. 

Jego przyjaciel stał wciąż w tym samym miejscu z ramionami splecionymi na piersi i uśmiechał się zadziornie. Pod wpływem wzmagającego się zawstydzenia, twarz Remusa powoli przykrył szkarłat. Kiedy obaj z Syriuszem szli korytarzem wzdłuż rzędu zapalonych świec, nie odważył się spojrzeć na drugiego chłopaka. 

– Zaczarować wszystkie skarpety, żeby przede mną uciekały. Wylać atrament na moją kolekcję książek „Sto jeden eliksirów, o których nikt ci nie powie”. Stwierdzić, że „kto to właściwie była ta Mnemone Radford”.

– … Przepraszam, dobrze się czujesz? – Syriusz zmarszczył brwi, spoglądając na swojego młodszego kolegę z niepokojem.

– To tylko kilka sposobów.

– Słucham?

– Sposobów na to, jak można mi się narazić. – Remus westchnął i uniósł wzrok. Uśmiechnął się na widok skonfundowanej twarzy Syriusza, a kiedy chłopak zaczął się śmiać, dołączył do niego. – Gwoli ścisłości, wszystko to i wiele więcej zrobił już James, więc liczę na twoją kreatywność. 

– Nie znamy się jeszcze za dobrze. Myślę, że to przemawia na moją korzyść.

– Syriuszu Jeszcze-Nie-Znamy-Się-Za-Dobrze Black, nie lekceważ kuglarzy, z którymi sypiasz w jednym pokoju. Wszyscy są trochę niespełna rozumu.

– W takim razie pasuję do tej zgrai jak ulał. – Syriusz uśmiechnął się wesoło, a Remusa zalała fala ulgi. – Szaleństwo mam wpisane w krew.

– Ładny slogan.

– Auć, zawsze musisz mieć ostatnie słowo. – Syriusz niespodziewanie wyciągnął w kierunku Remusa palec, zatrzymując go tuż przed Remusowymi wargami. – Nie spisuj mnie jeszcze na straty. Proszę tylko o tyle.

Usta Remusa wykrzywiły się w rozkosznym uśmiechu i chłopak przez chwilę milczał, dając Syriuszowi do zrozumienia, że tym razem nie zamierza się kłócić. 

– O czym tak naprawdę chciałeś porozmawiać? 

Syriusz od razu spoważniał, a przynajmniej na tyle, że jego mina z rozbawionej przybrała łagodny wyraz, kiedy ściągnął brwi i westchnął lekko.

– Wszystko u ciebie w porządku? – zapytał niespodziewanie. 

Remus przez chwilę zastanawiał się, o co dokładnie mogłoby chodzić Syriuszowi. Miał w końcu trochę racji. Praktycznie się nie znali i niewiele ze sobą rozmawiali. Znajomi śmiali się z Remusa, mówiąc, że jak na tak wygadanego, jest wyjątkowo małomówny. Czy to możliwe, że Syriusz coś zauważył?

– Nic mi raczej nie dolega… – zaczął ostrożnie, ale Syriusz natychmiast przerwał mu, kręcąc głową.

– Miałem na myśli Patricka Browna. – Mimo że mina Remusa zrzedła, Gryfon kontynuował. – Nie chcę cię rozzłościć. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ci się naprzykrza.

– Naprzykrza, tak? – Remus westchnął i potarł nos przy zatokach. Już sam ten odruch musiał wskazywać na zmęczenie choćby myśleniem o Patricku. 

– Nie chcę być wścibski. Bardziej chciałbym pomóc, jeśli mogę.

– To bardzo szlachetne z twojej strony – Remus skinął głową – że zgładzisz dla mnie Patricka Browna, mojego największego wroga.

– Jasne, mam za swoje. – Syriusz uniósł obie dłonie w geście kapitulacji. Remus zaśmiał się lekko, starając zdusić w sobie zawstydzenie tematem. 

– Doceniam troskę, ale Patrick to tylko mój kolega. Niezbyt nawet serdeczny. – Remus nie wiedział, dlaczego musiał tak dobitnie to sprecyzować przed Syriuszem, ale postanowił nie uciekać myślami w nieznany mu dotąd świat randkowania. Tak naprawdę zresztą dobrze znał odpowiedź na swoje niezadane pytanie, tylko nie chciał się do niej przyznać. – Wstyd mi. Trochę.

– Takie miałem wrażenie. Ale przynajmniej przede mną nie musisz się wstydzić. – Syriusz odpowiedział na niepewne spojrzenie Remusa pokrzepiającym uśmiechem. – No, i chętnie go dla ciebie zgładzę, jeśli zajdzie taka potrzeba.

– Widziałem już przynajmniej jednego asa z twojego rękawa – zaśmiał się Remus. – Na przykład na boisku do Quidditcha.

– Daj spokój, to chyba obecnie ulubiony temat Jamesa i Dorcas. Zaczyna brakować mi już skromnych odpowiedzi. 

– Może zniechęcą się, jak zaczniesz się tym przechwalać na lewo i prawo? – Na sceptyczne spojrzenie Syriusza, Remus szturchnął go lekko łokciem, odbijając się od twardego jak skała boku chłopaka. – Nie martw się, nie zamierzałem obsypać cię komplementami. Pytanie wynikało bardziej z akademickiej ciekawości.

– W takim razie zamieniam się w słuch. 

– Zaklęcie, którego użyłeś. Bardzo podobne w efekcie do Bombardy. Niemal nie do rozróżnienia, poza siłą rażenia. 

– Hm. – Syriusz przez chwilę milczał, przygryzając policzek od środka. – Zauważyłeś?

– Trudno było nie zauważyć, nasz herosie. – Remus uniósł brew. – Więc?

– Nie wiem, co ci powiedzieć. Nie zadałeś żadnego pytania.

Wilgotne wrześniowe powietrze uderzyło ich w twarze kiedy popychali skrzydło drzwi prowadzących na błonia. Słońce powoli chowało się za drzewami Zakazanego Lasu, a tafla wody była wzburzona od letniego wiatru. Remus wsunął dłonie w kieszenie szaty, otulając się nią.

– Zimno?

– Jeszcze nie. – Remus uśmiechnął się lekko. Gdyby to nie Syriusz zaprosił go na wieczorny spacer po błoniach, pewnie nigdy nie zgodziłby się na coś podobnego. – Chciałem spytać, co to było za zaklęcie.

– Bombarda – odpowiedział po chwili ciszy Syriusz, idąc tuż obok Remusa, w sposób, w który przy co trzecim kroku ich łokcie się o siebie ocierały. Od silnego akcentu Syriusza, Remusowi stanęły włoski na ramionach.

– Użyłeś innego zaklęcia.

– Raczej innego języka – poprawił go Syriusz. Remus przystanął na sekundę. Tej możliwości nie wziął pod uwagę. Syriusz obejrzał się na niego, ale Remus zdążył go już dogonić. Szli dalej przez równo przyciętą trawę, zbliżając się do jeziora. – Nie wierzę. Odebrało ci mowę?

Remus zachichotał, w zamyśleniu skubiąc nitkę w kieszeni szaty. 

– Jak brzmi to zaklęcie po durmstrangowemu w takim razie?

Bombardera – Syriusz wymówił to słowo głośno i wyraźnie i mimo że jego różdżka wystawała bezpiecznie z tylnej kieszeni jego spodni, Remus i tak poczuł na czubku nosa rozładowanie elektrostatyczne. Z zaskoczeniem potarł twarz rękawem i wbił wzrok w starszego kolegę. Syriusz zaśmiał się krótko i wzruszył ramionami. – Do tej pory uczyłem się wszystkich zaklęć w staronordyckim. Nie wiem, co na to nauczyciel od zaklęć.

– Jestem pewien, że profesor Flitwick będzie zafascynowany.

– Flitwick?

– Narażasz mi się, Syriusz. – Remus przystanął, splótł ramiona na piersi i zaczął ostentacyjnie tupać nogą. 

– Mistrz Pojedynków, Filius Flitwick? – poprawił się szybko Syriusz, wprawiając tym Remusa w rozbawienie. – Nie wiedziałem, że uczy w Hogwarcie.

– A to dopiero początek.

– Nie przereklamuj szkoły. Spotkałem waszą wesołą gromadę w pociągu już w pierwszych godzinach podróży. I to przez zupełny przypadek. Nie wiem, czy coś to przebije. Nawet Filius-Mistrz-Pojedynków-Flitwick.

Remus spuścił wzrok, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Rozpoznał po tonie Syriusza, że ten tylko mu słodzi, ale nadal poczuł miłe łaskotanie w piersi. Jeśli jego nowy kolega darzył ich choć w połowie taką sympatią, jak mówił, w zupełności mu to wystarczało. 

– Są takie zbiegi okoliczności, które przypominają wyrafinowany plan* – odparł, przystając nad brzegiem jeziora. Słońce zniknęło już za koronami drzew i tylko pomarańczowa łuna przecinała wieczorne niebo. 

– Ładnie powiedziane. 

– Gdzieś to wcześniej przeczytałem, ale nie pamiętam gdzie.

Syriusz mruknął w odpowiedzi, wpatrzony w horyzont tak samo intensywnie, jak Remus.

– W Durmstrangu nie miałem w ostatnich miesiącach zbyt wielu kolegów – przyznał Syriusz, powoli cedząc słowa. – No wiesz, podział klasowy.

– Ale… – Remus zawahał się, marszcząc brwi. – Czy Blackowie nie są czystej krwi?

– Są, są. – Syriusz pokiwał głową. – Ale o przetrwaniu w szkole nie decyduje zawsze pochodzenie. Nawet jeśli byłem na zwycięskiej pozycji na początku, łatwo było to zaprzepaścić. – Syriusz zaśmiał się gorzko. – Można powiedzieć, że to mój talent. Czasem zaskakuję samego siebie.

Remus przygryzł policzek, nie do końca wiedząc, co ten nowy, zupełnie niewesoły ton Syriusza może oznaczać, ani jak w tej sytuacji się zachować. Nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

– Może jednak źle cię oceniłem – oświadczył po chwili. – Może masz szansę narazić mi się na milion nowych sposobów.

– Z chęcią się przekonam. – W głosie Syriusza wyraźnie słychać było uśmiech.

– Ja też nie mogę się doczekać.


 * Andrzej Stasiuk, Fado

No comments:

Post a Comment

Copyright © Lawendowe Lata , Blogger